Wtorek ciągnął się całą wieczność a gdy wreszcie nadeszła środa, nie mogłem usiedzieć na lekcjach. Chciałem jak najszybciej zobaczyć Louisa, wiedzieć jak sobie radzi, co u niego słychać. Kiedy zadzwonił dzwonek oznaczający koniec lekcji, wybiegłem jak poparzony z klasy. Ubrałem szybko na siebie kurtkę, otuliłem się mocno szalikiem, ponieważ gardło już od wczoraj dawało o sobie znać. Idąc w stronę bloków gdzie mieszkał Louis uśmiechałem się coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem. W 10 minut udało mi się dotrzeć pod blok, w którym mieszkał Louis. Czekałem na niego co chwila zerkając na wyświetlacz telefonu. Spóźniał się. Kolejne minuty uciekały bardzo szybko a jego nadal nie było. Postanowiłem sprawdzić czy aby na pewno jest w mieszkaniu. Co jeżeli o mnie zapomniał? Może już nie chce mnie widzieć lub po prostu nie ma ochoty na dzisiejsze spotkanie? Ścisnęło mnie w żołądku na te myśli. Wbiegłem po schodach na drugie piętro i zapukałem dwa razy w drzwi Louisa. Nic. Spróbowałem jeszcze kilka razy lecz na marne. Cała moja energia uleciała w powietrze w jednej chwili. Przez głowę przeszła mi myśl, że może coś mu się stało. Może trzeba wezwać policję.
-On nie mógł tak po prostu mnie wystawić..-szepnąłem do siebie opierając się o drewniane drzwi. Na drugim końcu korytarza dostrzegłem starszego, lekko zgarbionego pana. Uśmiechnął się a potem podszedł do mnie wolnym krokiem.
-Dzień dobry.- powiedziałem kiwając głową. Mężczyzna odkiwał chowając klucze do kieszeni kurtki.
-Przyszedłeś do Pana Tomlinsona chłopcze?- spytał a ja przez dłuższą chwilę stałem przed nim nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Dopiero po kilkunastu sekundach zrozumiałem, że to pewnie nazwisko Louisa.
-Tak, wie Pan gdzie on jest?
-Na pewno nie tutaj. Nie już. Stracił to małe mieszkanko.- odparł starszy pan kręcąc głową na boki. - Louis to dobry chłopak. Jednak podejmuje czasem bardzo pochopne decyzje. Zdeklarował się, że znajdzie pracę do końca tamtego miesiąca, ale nie spełnił warunku.
Biedny Louis, pomyślałem. Gdzie on się teraz może podziewać? On zapewne jest cały przemarznięty i nie ma co jeść.
-Przepraszam, że tak wypytuję, ale.. Wie pan może co spotkało Louisa?- zapytałem chcąc brzmieć przekonująco.
-Z tego co wiem, to jego matka zostawiła go młodszą siostrą, gdy skończył 18 lat. Ta niedługo zmarła a Louis się zupełnie załamał. Ponadto nie ma ojca, zginął na wojnie. Siostra była jedyną osobą, która mu została i trzymała go twardo na tej ziemi. Po jej śmierci nie był w stanie nawet znaleźć pracy, ponieważ nie ma wykształcenia. A to wszystko przez jego matkę. Zostawiła go z dzieckiem w momencie kiedy on powinien studiować.
Nie wiedziałem jak mam odpowiedzieć starszemu mężczyźnie, ponieważ te informacje uderzyły we mnie za szybko wszystkie na raz. Powinienem dowiedzieć się tego od Louisa, wiem. Podziękowałem mężczyźnie za informacje uśmiechając się uprzejmie, chociaż do śmiechu mi w ogóle nie było. Postanowiłem znaleźć Louisa. On nie może być daleko, na pewno o mnie nie zapomniał.
Perspektywa Louisa
Moje nogi z zimna trzęsły się a ja próbując je uspokoić położyłem na nich swoje przemarznięte dłonie. Na nic. Palce u stóp już dawno mi odmarzły a mój nos piekł. Otuliłem się najmocniej jak mogłem kurtką, którą dostałem od Harrego, a czapkę przycisnąłem do głowy zasłaniając uszy. Nie mogłem uwierzyć, że pozwoliłem na odebranie mi mieszkania. Próbowałem z nimi negocjować, prosić o kolejną juz z rzędu szansę, ale byli nieugięci. Już minęła godzina od mojego planowanego spotkania z 16-latkiem. Nie to, że nie pamiętałem. Wręcz przeciwnie, przez ostatnie dni nie myślałem o czym innym. Nie mogłem się mu pokazać w takim stanie, nie chcę mu sprawiać kolejnych problemów. Jestem prawie pewien, że gdyby Harry mnie spotkał chciałby mi ponownie pomóc. To tylko dziecko. Nie mam prawa żądać od niego tych rzeczy, które i tak już mi podarował. Będąc młodszy powtarzałem sobie w kółko, że nie będę od nikogo zależny. Znajdę pracę, fajne mieszkanko, założę rodzinę. Wszystko stopniowo i powoli. Teraz okazuje się, że jedyną moją nadzieją był nastoletni, niczemu niewinny chłopak. W oddali dostrzegłem znajomą mi postać biegnącą w moją stronę. Chwilę później usłyszałem kilka razy swoje imię a Harry był już obok mnie. Położył swoją rękę na moim ramieniu i pochylił się nade mną patrząc mi w oczy. Były zielone. Piorunująco zielone, wręcz szmaragdowe. Spoglądał na mnie z lekkim zdezorientowaniem dysząc wciąż przez wcześniejszy wysiłek. Nie byłem pewien czy to naprawdę się wydarzyło czy moja wyobraźnia płata mi figle, ale Harry otulił mnie swym ramieniem i przytulił. Uścisk był krótki, ale mocny i pełen ciepła.
-Louis co ty tutaj robisz? Zamarzniesz.- usłyszałem przy swoim uchu. Nie słysząc żadnej odpowiedzi z mojej strony, Harry stanął przede mną głęboko wzdychając i kucając.
-Chodź do mnie.- powiedział opiekuńczym głosem. Wydawało mi się, że bardziej obchodziła go moja przyszłości niż mojej własnej matki, która po prostu mnie zostawiła samego z Lottie. Kilka razy pokręciłem głową na znak, że nie mam zamiaru przyjmować jego pomocy. Wstałem i zacząłem biec z stronę lodowiska. Biegłem szybko, jednostajnym tempem. Nie czułem już ani dłoni ani stóp przez zimno. Łzy spływały po moich policzkach i znikały gdzieś w zagłębieniu brody. Zatrzymałem się przy samym lodowisku głęboko oddychając. Moje serce szalało a ja ledwo łapałem lodowate powietrze. Ktoś chwycił mnie za przedramię. Próbowałem się wyrwać z uścisku, ale był on o wiele mocniejszy niż moja chęć wydostania się. Harry ponownie spojrzał na mnie tym razem trochę bardziej spokojny. Patrzył na mnie z dołu, ale ja wcale nie czułem się od niego wyższy. Wręcz przeciwnie. Czułem się taaaki malutki. Harry zdecydowanie mnie onieśmielał. Jego lekko zaróżowione policzki idealnie współgrały z pełnymi ustami. Ciemne loki opadały mu kaskadami na czoło przez co wyglądał jeszcze bardziej uroczo. Miał zeszklone oczy i naprawdę w tamtej chwili nie byłem do końca pewien czy to aby na pewno przez to, że coś mu wpadło do oka. Zapatrzony wciąż w jego twarz zupełnie zapomniałem, że nadal trzyma moje przedramię a mnie to coraz bardziej boli.
-Louis.. - szepnął widocznie niepewny tego co chce zaraz powiedzieć. Odruchowo przygryzał wewnętrzną stronę policzka uwidaczniając swoje dołeczki w policzkach jeszcze bardziej. -Chodź do mnie.
Harry przybliżył się do mnie a ja wiedziałem, że chciał mnie przytulić. Walczyłem z samym sobą żeby tylko nie rzucić się w jego ramiona jednak przegrałem. Tak bardzo brakowało mi czułości i delikatności ze strony drugiej osoby. W prawdzie nie przypominam sobie abym jej kiedykolwiek doznał. Podczas uścisku Harry wyszeptał, że zaopiekuje się mną i, że nie pozwoli mi już nigdy wiecej na życie w takich warunkach w jakich dotychczas byłem zmuszony. Nigdy nie brałem słowa ludzi na poważnie, ponieważ są zmienni. Jednak Harremu ufałem.
***
Zatrzymaliśmy się przed dużym, białym domem. Przed drzwiami garażowymi stały dwa czarne audi r6 a obok boisko do koszykówki. Gdy Harry poinformował mnie, że jesteśmy na miejscu stałem chwilę nieruchomo chcąc sobie to wszystko uporządkować. Posiadłość była przepiękna i robiła wrażenie. Szedłem tuż za Harrym. Dotarliśmy na tyły domu i chłopak powiedział abym wspiął się na znajdujący się przed nami daszek. Zrobiłem to i stanąłem na nim czekając na niego. Harry otworzył małym drucikiem okno dachowe po czym wskoczył do środka wołając moje imię. Zrobiłem to samo i znalazłem się w dużym, jasnym pomieszczeniu. Na przeciw mnie stało wielkie dwuosobowe łóżko przykryte beżową pokrywą. Znajdowały się na nim również sterty białych oraz czarnych poduszeczek. Po drugiej stronie pokoju wisiał na ścianie telewizor plazmowy, oraz półka na książki. Po prawej ściana była wyłożona czerwono- białą cegłą a w rogu mieściła się jasna kanapa. Pomieszczenie miało także 2 pary drzwi oraz kilka niewypakowanych jeszcze płócien i sztalug. Wszystko dopełniały rośliny wijące się wzdłuż parapetu. Każda rzecz w tym miejscu sprawiała, że miałem otwartą z wrażenia buzię.
-Rozgość się.- powiedział Harry uśmiechając się do mnie lekko.- Na pewno jesteś zmęczony. I głodny.- stwierdził wskazując na sofę abym usiadł. Zdjąłem z siebie kurtkę i odłożyłem na bok kanapy oraz rozsiadłem się na niej wygodnie.
-Zaraz przyjdę.- powiedział otwierając drzwi obok plazmy i wychodząc. Chwilę jeszcze słyszałem jego kroki, ale z czasem ucichły i mogłem dosłyszeć jedynie swój miarowy oddech. Miałem wrażenie, że pomieszczenie jest tak duże, że każde wypowiedziane przeze mnie słowo będzie odbijało się echem. Harry tu mieszka? Naprawdę? Przecież to pokój marzeń, pomyślałem wzdychając. Ponownie usłyszałem ciche stukania w podłogę a po chwili do pokoju wszedł Harry z tacą pełną jedzenia i picia. Loczek poczęstował mnie najpyszniejszym obiadem jaki w życiu jadłem oraz ciepłą herbatą, która rozgrzała moje ciało.
-Co z twoimi rodzicami?-spytałem. Obawiałem się jego odpowiedzi, ale równocześnie wiedziałem, że muszę o to spytać.
-Wyjeżdżają obaj za jakąś godzinę. Matka leci do Londynu na pokaz mody natomiast ojciec do Irlandii w sprawach firmowych. Nie musisz się obawiać.. Oni jakby się mną nie przejmują specjalnie.- uśmiechnął się chcąc dodać mi otuchy, ale widziałem w jego oczach wyraźny smutek. Było mu wstyd. Momentalnie zrobiło mi się go żal. Nie zasługiwał na to aby ktokolwiek go ignorował. Powinien otrzymać miłość i troskę. Należy mu się za to jakim dobrym jest człowiekiem.
-Dobrze.- szepnąłem ledwo łapiąc siły.
Harry chyba zobaczył, że przysypiam na kanapie i powiedział abym położył się do łóżka uprzednio ściągając poduszki i narzutę. Normalnie odmówiłbym i powiedział, że będę spał na kanapie, ale byłem zbyt zmęczony na jakiekolwiek dyskusje. Po prostu chciałem się wyspać. Rzuciłem się na łóżko czując jak ktoś przykrywa mnie ciepłą, gruba puchową kołdrą i przysięgam, czułem się jak w niebie.
***
Rano czułem się jak nowo narodzony. Jeszcze nigdy tak dobrze i tak długo nie spałem. Przeciągnąłem się na łóżku ziewając i usiadłem na skraju. Ubrałem skarpetki i z trudem wstałem z naprawdę wygodnego łóżka. Na kanapie zobaczyłem śpiącego Harrego. Miał zaróżowione policzki i mokre usta, które co chwilę oblizywał. Jego włosy układały się w loki i opadały na białą poduszkę. Wyglądał naprawdę młodo, niewinnie i spokojnie podczas snu. Zastanawiałem się gdzie mogę wziąć prysznic, ponieważ naprawdę tego potrzebowałem. Postanowiłem sprawdzić te drugie drzwi, do których Harry nie zaglądał wczorajszego wieczoru. Okazało się, że to mała, przyjazna łazienka z prysznicem. Zamknąłem za sobą drzwi na zameczek po czym zdjąłem brudne, sprane dresy oraz koszulkę rzucając na podłogę obie rzeczy. Do tej sterty dołączyłem skarpetki oraz bokserki. Wszedłem pod prysznic puszczając ciepłą wodę. Stałem tam bardzo długo. Nie jestem do końca pewien ile to trwało, ale wreszcie czułem się całkowicie czysty i schludny. Wziąłem jeden z powieszonych na białym wieszaczku ręczników i otuliłem się nim jak kocem. W półce pod umywalką znalazłem masę kosmetyków, w tym kilka nowych szczoteczek do zębów. Umyłem jedną z nich zęby oraz popsikałem się dezodorantem Harrego. Nie chciałem na za dużo sobie pozwalać, ale naprawdę nie chciałem wracać do swoich starych ubrań, więc pozwoliłem sobie na ubranie wypranych dresów Harrego. 'Wysuszyłem' włosy ręcznikiem a potem wyszedłem z łazienki upewniając się czy jest w takim samym stanie jaką ją zastałem. Przejechałem wzrokiem po całym pokoju zatrzymując się na jeszcze zaspanym Harrym siedzącym na łóżku. Przecierał oczy kciukami i wyglądał jak mały kiciuś. Jednak w momencie gdy na mnie spojrzał sprawiał wrażenie kogoś zupełnie innego niż kilka sekund temu. Uśmiechał się przekąsek w moją stronę ukazując białe zęby i dołeczki w policzkach. Mogę przysiąc, że jego wzrok powędrował z twarzy na mój brzuch oraz nogi. Zorientowałem się dopiero po dłuższej chwili, że jestem w samych dresach. JEGO dresach. Wstał a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nie wiedziałem jak mam odczytać jego wyraz twarzy, ale był naprawdę onieśmielający. Wyglądał dorośle jak na 16-letniego chłopaka.
-Ładny zapach.- stwierdził a ja lekko się zaczerwieniłem, bo wiedziałem przecież, że użyłem jego perfum. On także, zrobił to celowo.- I Abs .- dodał kierując swój wzrok ponownie na mój odkryty brzuch a ja poczułem skręt w żołądku. I może to nie w porządku, ale w tamtym momencie naprawdę był pociągający.
______________________________________________
Już drugi rozdział. Przepraszam, że dodaję go tak późno, ale cały ten tydzień był dla mnie dosyć trudny nie tylko przez szkołę. Ale wyrobiłam się, to najważniejsze! Piszcie w komentarzach lub na moim tt jak podobają się wam rozdziały, to dla mnie wielka motywacja! Miłego weekendu! :)
P.S. Rozdziały będą się pojawiać co każdy piątek!
piątek, 22 stycznia 2016
niedziela, 17 stycznia 2016
"To okropne miejsce. Tak jak ja"
Myśląc wyłącznie o innych, w pewnym momencie przestajemy dostrzegać nas samych. Musimy pamiętać jednak, że nie możemy wykluczyć zupełnie wszystkich i być egoistami. W domu mam tego idealny przykład. Nie poddałem się temu. Nie jestem taki jak mój wciąż zabiegany ojciec, czy matka hipokrytka. Zawsze trochę odstawałem charakteryzując się dobrocią i opiekuńczością w stosunku do innych. Może to lekko pokręcone, ale czekam na osobę, która będzie potrzebować ciepła. Będę mógł się nią wtedy zaopiekować. Otulić kocem, zrobić pyszne kakao a potem sprawić, że uśnie w moich ramionach. Sam nie jestem do końca pewien kim tak naprawdę jestem. Zmieniam się z dnia na dzień. Moje poglądy na różne rzeczy za tydzień mogą być zupełnie inne niż dziś. To jest piękne w życiu. Masz prawo wyboru. Jak je wykorzystasz to już twoja indywidualna sprawa, ale pamiętaj, im dłużej coś drążysz tym potem trudniej się z tego wygrzebać.
***
W drodze powrotnej ze szkoły nuciłem sobie cicho "Lush life" Zary Larsson. Nie bardzo interesowało mnie moje towarzystwo klasowe, więc wolałem chodzić samotnie do domu. Nie chcę robić z siebie osoby dorosłej w wieku 16 lat, ale czasem mi się wydawało, że osoby w mojej klasie, mają IQ niższe niż średnią ocen. Oni naprawdę uważali, że gdy ktoś beknie to jest najważniejsza rzecz w ich życiu i tylko o tym rozmawiają. Co jakiś czas patrzyłem przed siebie aby przez przypadek o nic nie uderzyć. Na drodze było pusto, żadnych samochodów czy ciężarówek. Podobnie na chodniku, których szedłem. Uznałem to za trochę dziwne, ponieważ to jednak Oslo. Moje myśli rozwiał wiatr, porywając mój czarny szalik. Momentalnie zrobiło mi się bardzo zimno. Miałem tendencję do częstych chorób, więc chwila na polu bez czapki lub szala a na następny dzień mogę sobie podarować wychodzenie gdziekolwiek. Odwróciłem się i ujrzałem wyższego ode mnie, szczupłego mężczyznę. W prawej ręce trzymał mój szal. Nie miał na sobie niż prócz czarnej, poniszczonej podkoszulki i pobrudzonych od błota dresów. Od jasnych trampek odchodziła mu podeszwa a mnie przeszły ciarki od samego patrzenia na niego. Tak na pewno nie chodzi osoba o zdrowych zmysłach w taką pogodę, która panowała tu prawie cały rok. Mężczyzna wyglądał na kilka lat starszego, ale był młody. Jego rysy twarzy były wyraziste, a zarost ewidentnie dodawał mu kilka lat. Jego włosy układały się w przeróżne strony. Zwróciłem szczególną uwagę na szare, duże tęczówki, które ujrzałem spod gęstych rzęs. Był przystojny. I bezdomny. Przystojny i bezdomny.
-To chyba twoje.- odezwał się zachrypniętym głosem podchodząc do mnie ostrożnie jakby bał się mojej reakcji. Czemu się tak zachowywał?
-Tak, dziękuje.- odparłem uśmiechając się do niego przyjaźnie, próbując rozluźnić trochę atmosferę. Odebrałem od niego moją rzecz, a szalik wrócił na swoje miejsce wokół mojej szyi. Mężczyzna widocznie zrezygnowany i zmęczony, już chciał odejść kiedy przytrzymałem jego ramię.
-Przepraszam, jeśli jestem nachalny. Chcę tylko pomóc. Potrzebujesz pomocy?- spytałem przełykając dosyć głośno ślinę. Miałem nadzieję, że nie zrozumie źle moim intencji, że da sobie pomóc. Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę wpatrzony we mnie, bez żadnej emocji wymalowanej na twarzy. W pewnym momencie jego kąciki ust uniosły się ku górze a ja zobaczyłem naprawdę piękny uśmiech.
-Louis.- przedstawił się a ja podałem mu rękę mocno ją ściskając.
-Harry.- odpowiedziałem lekko kręcąc głową.- Masz francuskie imię, prawda?
Louis przytaknął, a ja przysięgam, nie wyglądał na starszego ode mnie. Nie w tamtej chwili. Jego rysy twarzy były w tamtym momencie tak łagodne, a to wszystko dzięki uśmiechowi, który mu nie schodził z ust.
-Więc Louis, zimno Ci.- stwierdziłem ponownie przypatrując się jego ubraniu. Chwyciłem go lekko za przedramię prowadząc w stronę centrum handlowego. Idąc słyszałem za sobą ciche, ale stanowcze kroki. Mężczyzna odchrząknął kilka razy. Byłem pewien, że przymierza się do powiedzenia mi czegoś.
-Przepraszam, ale gdzie my idziemy?- spytał nagle zatrzymując się. Zrobiłem to samo stając przed nim. Złożył ręce lekko je pocierając.
-Chcę Ci kupić ubranie.- powiedziałem dumny. Byłem taki szczęśliwy, że wreszcie mogę komuś pomóc. Zresztą nie mam nawet co robić z pieniędzmi, które dostaje od rodziców. Uważają, że dając mi co miesiąc pieniądze, załatwią wszystko.
-Nie mogę na to pozwolić. Widać, że nie jesteś pełnoletni, to znaczy, że nie masz na tyle pieniędzy, aby wydawać je na mnie.- stwierdził stanowczo. Byłem zakłopotany nagłą ciszą jaka nastała. Zdawałem sobie sprawę, że to ja muszę ją przerwać.
-Nie musisz się o to martwić, naprawdę. Mam ich aż za dużo.- próbowałem brzmieć najbardziej przekonująco jak tylko potrafiłem. Louis przez chwilę błądził wzrokiem pomiędzy ludźmi przechodzącymi obok, ale wreszcie ujrzałem jego oczy. Tylko przytaknął i ponownie zaczęliśmy się kierować w kierunku centrum. Na miejscu byliśmy w niecałe 10 minut. W drodze pożyczyłem Louisowi moją parkę, która okazała się dobra na niego. Ja miałem ciepłą bluzę, więc nie było tak źle, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że będę chory. Weszliśmy do adidasa a ja powiedziałem do mężczyzny żeby wybrał sobie jakąś kurtkę i buty.
-Louis.- krzyknąłem zanim zniknął gdzieś między półkami.- Gdyby nic Ci nie spasowało pójdziemy gdzie indziej, nie przejmuj się.- powiedziałem a uśmiech, którym mnie obdarzył przywołał u mnie miliony myśli. On wyglądał jak dziecko, które na gwiazdkę dostało swój wymarzony prezent. Usłyszałem dzwonek swojego telefonu. To była moja matka.
-Tak?
-Gdzie ty jesteś? Wiesz jak się o Ciebie martwię? Sprawdziłam twój plan lekcji, powinieneś być już w domu 30 minut temu!
Moja mama jak zwykle traktowała mnie jak 10-letniego chłopca, którego trzeba cały czas kontrolować. Pomińmy fakt, że uważam iż zbzikowała.
-Nic mi nie jest. Jestem w centrum handlowym z.. ze znajomymi.
-Dziecko ty nie masz znajomych! Za godzinę widzę Cię w domu!
Kiedy wreszcie przestała krzyczeć usłyszałem pisk, który sygnalizował koniec rozmowy. Rzuciłem telefonem do plecaka i usiadłem okrakiem chwytając się za głowę. Oddychałem miarowo i głośna nie przejmując się w tamtym momencie obecnością ludzi wokół. Czyjaś ręka musnęła moje ramię a ja podniosłem głowę. To był Louis.
-Coś nie tak?- spytał odkładając wybrane ubrania na półeczkę obok i kucając naprzeciwko mnie. Nie przypominał w żadnym wypadku faceta, którego spotkałem na ulicy jeszcze niedawno. Wcześniej był wystraszony i speszony jakąkolwiek rozmową. Teraz był spokojny a jego ręce już nie trzęsły się z zimna.
-Co tam masz?- spytałem chcąc aby zapomniał o tym w jakim stanie się znajduje. W tamtym momencie pragnąłem aby to on przez tę chwilę był najważniejszy. Louis westchnął i wstał po czym pokazał mi trzy kurtki, które chciał przymierzyć. Poszedłem z nim do przymierzalni. Każda leżała idealnie, lecz Louis wciąż się spierał, że te rzeczy są za drogie. Wreszcie udało mi się go namówić. Oprócz kurtki kupiłem mu buty. Na całe szczęście szalik i czapka były za darmo, ponieważ wiązało by się to z kolejnymi 20 minutami kłócenia się z upartym brunetem. Wychodząc z galerii natknęliśmy się jeszcze na moją ulubioną kawiarnie i grzechem byłoby ją tak po prostu ominąć. Zamówiłem nam obu kawę i szarlotkę. Louis wyglądał jakby pierwszy raz w życiu jadł coś tak pysznego. Prawdą było to, że jedzenie w tej kawiarni było fenomenalne, ale on aż promieniał ze szczęścia. Miałem wrażenie, że zaraz urosną mu skrzydła i odleci na nich w górę.
-Smakowało?- spytałem z lekkim uśmieszkiem płacąc kelnerce.
-To było boskie.- zaśmiał się uroczo. Nie mogę uwierzyć, że tak myślę o osobie ode mnie o kilka lat starszej. Uroczy. Louis obiecał, że pokaże mi swoje mieszkanko, ale przed tym namówiłem go na zrobienie drobnych zakupów aby miał co jeść. Kupiliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i skierowaliśmy się na przedmieścia. Mieszkał w starym bloku, który sprawiał wrażenie jakby miał lada chwila runąć. Jego mieszkanko znajdowało się na drugim piętrze. Z samego początku nie miałem pewności czy aby na pewno dobrze robię wchodząc do mieszkania. W końcu znam go tylko kilka godzin. Nie miałem wyjścia widząc jego zdezorientowaną twarz kiedy otworzył drzwi. Korytarz był bardzo ciasny, ledwo mieściliśmy się tam w dwójkę. Farba już dawno zeszła ze ścian a ta nasiąknęła wilgocią tworząc ciemne plamki. Od samego początku nie mogłem znieść zapachu. O dziwo Louis tak nie pachniał. On pachniał Louisem. Mężczyzna zaprowadził mnie do salonu, w którym mieściła się zaledwie kanapa i stolik. Kiedy Louis rozpakowywał zakupy w kuchni, ja czekałem na niego w salonie na kanapie. Kiedy ujrzałem go w drzwiach uciekał wzrokiem. Był rozkojarzony i rozbity tym wszystkim co go otaczało.
-To okropne miejsce.- odparł pocierając ręką tył głowy.- Tak jak ja.
W momencie gdy wypowiedział te słowa spuścił głowę a jego ręce stały się dla niego bardzo ciekawym obiektem obserwacji. Nie mogłem uwierzyć, że to powiedział. Mimo tego, że znałem go krótko, może zbyt krótko aby a nim cokolwiek mówić.. Kojarzył mi się ze spokojem, był skromny, dobry i wstydliwy. Nigdy z okropieństwem. Wstałem i powoli pokierowałem się w jego stronę. Spojrzał na mnie. Jego nos nadal był lekko zaczerwieniony z zimna a oczy były spuchnięte. Ile nocy przepłakał? Ile razy był zmuszony spać na ulicy, czy na niej żebrać o pieniądze na chleb?
-Dziękuje. Może to egoistyczne, ale jestem szczęśliwy, że to wtedy na ulicy Ciebie spotkałem i mi pomogłeś.
-To normalne, nie egoistyczne. Nigdy tak na siebie nie mów, proszę. To sprawia, że aż mnie serce boli. Nie zasłużyłeś sobie na to wszystko.- powiedziałem obiegając dłonią całe mieszkanie.- Nie wiem co przeszedłeś, nie interesuje mnie to. Jeżeli będziesz chciał możesz powiedzieć, ale nie zmieni to mojego zdania na twój temat. Zachowałbyś się inaczej gdyby to było z twojej winy.- Louis patrzył na mnie przez ten cały czas bardzo uważnie. Peszył mnie jego wzrok, jednak nie chciałem psuć takiego momentu.
-Ile ty masz lat Harry?- spytał kręcąc głową i uśmiechając się do mnie promiennie.
-16.- odparłem lekko się kwasząc. Nie chciałem aby wziął mnie za totalnego dzieciaka. Niektórzy w moim wieku, wiedzą więcej o życiu niż się dorosłym wydaje.
-Nie mogę uwierzyć, że masz 16 lat. Jesteś naprawdę mądry.- odparł a jego ciało widocznie się rozluźniło.- Dziękuje jeszcze raz. Dużo Ci zawdzięczam.
-Louis muszę już niestety iść.- powiedziałem patrząc na mój zegarek.- Moi rodzice będą się niepokoić.- dodałem nie chcąc na razie zdradzać mu, że po prostu mam mamę psychopatkę.
-Jasne, rozumiem.- odparł przepuszczając mnie w drzwiach. Ubrałem buty i wyszedłem na klatkę schodową ostatni raz żegnając się krótkim "cześć" z mężczyzną. Przechodząc przez drogę, usłyszałem swoje imię. To Louis, trzymał mój szalik. Wróciłem się odbierając zgubę.
-Chyba Ci często ucieka, hm? - zaśmiał się otulając się mocniej niedopiętą kurtką.
-Tylko w odpowiednich momentach.- odparłem uśmiechając się lekko. Staliśmy przez chwilę naprzeciw siebie w ciszy. Nie była ona w żaden sposób niezręczna.
-Spotkamy się jeszcze?- spytał nagle a mnie zamurowało. Nie spodziewałem się, że to on przerwie ciszę.
-Oczywiście.- odpowiedziałem ucieszony jak nigdy dotąd, ponieważ ktoś od niepamiętnych czasów zaproponował mi spotkanie. Chce mnie ponownie zobaczyć.
-W środę? Pasuje Ci?
-Tak, o 15?- spytałem.- Kończę wtedy lekcje.
-Mi pasuje.- powiedział Louis kierując się do drzwi wejściowych.- Będę tu czekał o 15 w środę, dobrze?
Tylko przytaknąłem a on zniknął w drzwiach. Całą drogę powrotną nie mogłem zapomnieć o jego uśmiechu i małym nosku.
***
-Spóźniłeś się 2 godziny! Odchodziłam od zmysłów! Już chciałam dzwonić na policję!- wrzasnęła moja matka rozbijając kolejny wazon z kwiatami. Ten był za 1000 dolarów. Już tak naprawdę nie ruszały mnie ani jej krzyczy ani rzucanie przedmiotami. Dopóki we mnie nie rzucała miałem to gdzieś.
-Mamo, czemu przy każdej naszej rozmowie krzyczysz? Już nie umiesz się bez tego obejść. Mam wrażenie jakby Ci tak już zostało.- powiedziałem spokojnie do niej kiedy była gotowa rozbić filiżankę z porcelany. Zamarła.
-Do swojego pokoju.- powiedziała ostrym, stanowczym głosem. Widząc, że nie reaguje chwyciła mnie za ramię zmuszając do wstania.
-Harry Edward Styles. Do siebie.- wskazała palcem na schody, po których chwilę potem wchodziłem do mojego pokoju. Rzuciłem się na łóżko. Nie wiedziałem tak naprawdę co o tym wszystkim myśleć. Plus tego dnia był taki, że będąc z Louisem zupełnie zapomniałem o mojej atmosferze, która panowała w domu. Louis miał coś takiego w sobie, że myśląc o nim momentalnie na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Znałem go zaledwie dzień. I to ten dzień utwierdził mnie w tym, że to nie nasze ostatnie spotkanie.
_____________________________
Pierwszy rozdział, taki wprowadzający. Mam nadzieję, że się wam spodobał. Zapraszam do komentowania. Piszcie na tt jeżeli pojawią się jakieś pytania lub uwagi. Mam pytanko na wstępie, może zostać taki wygląd bloga? :)
***
W drodze powrotnej ze szkoły nuciłem sobie cicho "Lush life" Zary Larsson. Nie bardzo interesowało mnie moje towarzystwo klasowe, więc wolałem chodzić samotnie do domu. Nie chcę robić z siebie osoby dorosłej w wieku 16 lat, ale czasem mi się wydawało, że osoby w mojej klasie, mają IQ niższe niż średnią ocen. Oni naprawdę uważali, że gdy ktoś beknie to jest najważniejsza rzecz w ich życiu i tylko o tym rozmawiają. Co jakiś czas patrzyłem przed siebie aby przez przypadek o nic nie uderzyć. Na drodze było pusto, żadnych samochodów czy ciężarówek. Podobnie na chodniku, których szedłem. Uznałem to za trochę dziwne, ponieważ to jednak Oslo. Moje myśli rozwiał wiatr, porywając mój czarny szalik. Momentalnie zrobiło mi się bardzo zimno. Miałem tendencję do częstych chorób, więc chwila na polu bez czapki lub szala a na następny dzień mogę sobie podarować wychodzenie gdziekolwiek. Odwróciłem się i ujrzałem wyższego ode mnie, szczupłego mężczyznę. W prawej ręce trzymał mój szal. Nie miał na sobie niż prócz czarnej, poniszczonej podkoszulki i pobrudzonych od błota dresów. Od jasnych trampek odchodziła mu podeszwa a mnie przeszły ciarki od samego patrzenia na niego. Tak na pewno nie chodzi osoba o zdrowych zmysłach w taką pogodę, która panowała tu prawie cały rok. Mężczyzna wyglądał na kilka lat starszego, ale był młody. Jego rysy twarzy były wyraziste, a zarost ewidentnie dodawał mu kilka lat. Jego włosy układały się w przeróżne strony. Zwróciłem szczególną uwagę na szare, duże tęczówki, które ujrzałem spod gęstych rzęs. Był przystojny. I bezdomny. Przystojny i bezdomny.
-To chyba twoje.- odezwał się zachrypniętym głosem podchodząc do mnie ostrożnie jakby bał się mojej reakcji. Czemu się tak zachowywał?
-Tak, dziękuje.- odparłem uśmiechając się do niego przyjaźnie, próbując rozluźnić trochę atmosferę. Odebrałem od niego moją rzecz, a szalik wrócił na swoje miejsce wokół mojej szyi. Mężczyzna widocznie zrezygnowany i zmęczony, już chciał odejść kiedy przytrzymałem jego ramię.
-Przepraszam, jeśli jestem nachalny. Chcę tylko pomóc. Potrzebujesz pomocy?- spytałem przełykając dosyć głośno ślinę. Miałem nadzieję, że nie zrozumie źle moim intencji, że da sobie pomóc. Mężczyzna stał przez dłuższą chwilę wpatrzony we mnie, bez żadnej emocji wymalowanej na twarzy. W pewnym momencie jego kąciki ust uniosły się ku górze a ja zobaczyłem naprawdę piękny uśmiech.
-Louis.- przedstawił się a ja podałem mu rękę mocno ją ściskając.
-Harry.- odpowiedziałem lekko kręcąc głową.- Masz francuskie imię, prawda?
Louis przytaknął, a ja przysięgam, nie wyglądał na starszego ode mnie. Nie w tamtej chwili. Jego rysy twarzy były w tamtym momencie tak łagodne, a to wszystko dzięki uśmiechowi, który mu nie schodził z ust.
-Więc Louis, zimno Ci.- stwierdziłem ponownie przypatrując się jego ubraniu. Chwyciłem go lekko za przedramię prowadząc w stronę centrum handlowego. Idąc słyszałem za sobą ciche, ale stanowcze kroki. Mężczyzna odchrząknął kilka razy. Byłem pewien, że przymierza się do powiedzenia mi czegoś.
-Przepraszam, ale gdzie my idziemy?- spytał nagle zatrzymując się. Zrobiłem to samo stając przed nim. Złożył ręce lekko je pocierając.
-Chcę Ci kupić ubranie.- powiedziałem dumny. Byłem taki szczęśliwy, że wreszcie mogę komuś pomóc. Zresztą nie mam nawet co robić z pieniędzmi, które dostaje od rodziców. Uważają, że dając mi co miesiąc pieniądze, załatwią wszystko.
-Nie mogę na to pozwolić. Widać, że nie jesteś pełnoletni, to znaczy, że nie masz na tyle pieniędzy, aby wydawać je na mnie.- stwierdził stanowczo. Byłem zakłopotany nagłą ciszą jaka nastała. Zdawałem sobie sprawę, że to ja muszę ją przerwać.
-Nie musisz się o to martwić, naprawdę. Mam ich aż za dużo.- próbowałem brzmieć najbardziej przekonująco jak tylko potrafiłem. Louis przez chwilę błądził wzrokiem pomiędzy ludźmi przechodzącymi obok, ale wreszcie ujrzałem jego oczy. Tylko przytaknął i ponownie zaczęliśmy się kierować w kierunku centrum. Na miejscu byliśmy w niecałe 10 minut. W drodze pożyczyłem Louisowi moją parkę, która okazała się dobra na niego. Ja miałem ciepłą bluzę, więc nie było tak źle, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że będę chory. Weszliśmy do adidasa a ja powiedziałem do mężczyzny żeby wybrał sobie jakąś kurtkę i buty.
-Louis.- krzyknąłem zanim zniknął gdzieś między półkami.- Gdyby nic Ci nie spasowało pójdziemy gdzie indziej, nie przejmuj się.- powiedziałem a uśmiech, którym mnie obdarzył przywołał u mnie miliony myśli. On wyglądał jak dziecko, które na gwiazdkę dostało swój wymarzony prezent. Usłyszałem dzwonek swojego telefonu. To była moja matka.
-Tak?
-Gdzie ty jesteś? Wiesz jak się o Ciebie martwię? Sprawdziłam twój plan lekcji, powinieneś być już w domu 30 minut temu!
Moja mama jak zwykle traktowała mnie jak 10-letniego chłopca, którego trzeba cały czas kontrolować. Pomińmy fakt, że uważam iż zbzikowała.
-Nic mi nie jest. Jestem w centrum handlowym z.. ze znajomymi.
-Dziecko ty nie masz znajomych! Za godzinę widzę Cię w domu!
Kiedy wreszcie przestała krzyczeć usłyszałem pisk, który sygnalizował koniec rozmowy. Rzuciłem telefonem do plecaka i usiadłem okrakiem chwytając się za głowę. Oddychałem miarowo i głośna nie przejmując się w tamtym momencie obecnością ludzi wokół. Czyjaś ręka musnęła moje ramię a ja podniosłem głowę. To był Louis.
-Coś nie tak?- spytał odkładając wybrane ubrania na półeczkę obok i kucając naprzeciwko mnie. Nie przypominał w żadnym wypadku faceta, którego spotkałem na ulicy jeszcze niedawno. Wcześniej był wystraszony i speszony jakąkolwiek rozmową. Teraz był spokojny a jego ręce już nie trzęsły się z zimna.
-Co tam masz?- spytałem chcąc aby zapomniał o tym w jakim stanie się znajduje. W tamtym momencie pragnąłem aby to on przez tę chwilę był najważniejszy. Louis westchnął i wstał po czym pokazał mi trzy kurtki, które chciał przymierzyć. Poszedłem z nim do przymierzalni. Każda leżała idealnie, lecz Louis wciąż się spierał, że te rzeczy są za drogie. Wreszcie udało mi się go namówić. Oprócz kurtki kupiłem mu buty. Na całe szczęście szalik i czapka były za darmo, ponieważ wiązało by się to z kolejnymi 20 minutami kłócenia się z upartym brunetem. Wychodząc z galerii natknęliśmy się jeszcze na moją ulubioną kawiarnie i grzechem byłoby ją tak po prostu ominąć. Zamówiłem nam obu kawę i szarlotkę. Louis wyglądał jakby pierwszy raz w życiu jadł coś tak pysznego. Prawdą było to, że jedzenie w tej kawiarni było fenomenalne, ale on aż promieniał ze szczęścia. Miałem wrażenie, że zaraz urosną mu skrzydła i odleci na nich w górę.
-Smakowało?- spytałem z lekkim uśmieszkiem płacąc kelnerce.
-To było boskie.- zaśmiał się uroczo. Nie mogę uwierzyć, że tak myślę o osobie ode mnie o kilka lat starszej. Uroczy. Louis obiecał, że pokaże mi swoje mieszkanko, ale przed tym namówiłem go na zrobienie drobnych zakupów aby miał co jeść. Kupiliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i skierowaliśmy się na przedmieścia. Mieszkał w starym bloku, który sprawiał wrażenie jakby miał lada chwila runąć. Jego mieszkanko znajdowało się na drugim piętrze. Z samego początku nie miałem pewności czy aby na pewno dobrze robię wchodząc do mieszkania. W końcu znam go tylko kilka godzin. Nie miałem wyjścia widząc jego zdezorientowaną twarz kiedy otworzył drzwi. Korytarz był bardzo ciasny, ledwo mieściliśmy się tam w dwójkę. Farba już dawno zeszła ze ścian a ta nasiąknęła wilgocią tworząc ciemne plamki. Od samego początku nie mogłem znieść zapachu. O dziwo Louis tak nie pachniał. On pachniał Louisem. Mężczyzna zaprowadził mnie do salonu, w którym mieściła się zaledwie kanapa i stolik. Kiedy Louis rozpakowywał zakupy w kuchni, ja czekałem na niego w salonie na kanapie. Kiedy ujrzałem go w drzwiach uciekał wzrokiem. Był rozkojarzony i rozbity tym wszystkim co go otaczało.
-To okropne miejsce.- odparł pocierając ręką tył głowy.- Tak jak ja.
W momencie gdy wypowiedział te słowa spuścił głowę a jego ręce stały się dla niego bardzo ciekawym obiektem obserwacji. Nie mogłem uwierzyć, że to powiedział. Mimo tego, że znałem go krótko, może zbyt krótko aby a nim cokolwiek mówić.. Kojarzył mi się ze spokojem, był skromny, dobry i wstydliwy. Nigdy z okropieństwem. Wstałem i powoli pokierowałem się w jego stronę. Spojrzał na mnie. Jego nos nadal był lekko zaczerwieniony z zimna a oczy były spuchnięte. Ile nocy przepłakał? Ile razy był zmuszony spać na ulicy, czy na niej żebrać o pieniądze na chleb?
-Dziękuje. Może to egoistyczne, ale jestem szczęśliwy, że to wtedy na ulicy Ciebie spotkałem i mi pomogłeś.
-To normalne, nie egoistyczne. Nigdy tak na siebie nie mów, proszę. To sprawia, że aż mnie serce boli. Nie zasłużyłeś sobie na to wszystko.- powiedziałem obiegając dłonią całe mieszkanie.- Nie wiem co przeszedłeś, nie interesuje mnie to. Jeżeli będziesz chciał możesz powiedzieć, ale nie zmieni to mojego zdania na twój temat. Zachowałbyś się inaczej gdyby to było z twojej winy.- Louis patrzył na mnie przez ten cały czas bardzo uważnie. Peszył mnie jego wzrok, jednak nie chciałem psuć takiego momentu.
-Ile ty masz lat Harry?- spytał kręcąc głową i uśmiechając się do mnie promiennie.
-16.- odparłem lekko się kwasząc. Nie chciałem aby wziął mnie za totalnego dzieciaka. Niektórzy w moim wieku, wiedzą więcej o życiu niż się dorosłym wydaje.
-Nie mogę uwierzyć, że masz 16 lat. Jesteś naprawdę mądry.- odparł a jego ciało widocznie się rozluźniło.- Dziękuje jeszcze raz. Dużo Ci zawdzięczam.
-Louis muszę już niestety iść.- powiedziałem patrząc na mój zegarek.- Moi rodzice będą się niepokoić.- dodałem nie chcąc na razie zdradzać mu, że po prostu mam mamę psychopatkę.
-Jasne, rozumiem.- odparł przepuszczając mnie w drzwiach. Ubrałem buty i wyszedłem na klatkę schodową ostatni raz żegnając się krótkim "cześć" z mężczyzną. Przechodząc przez drogę, usłyszałem swoje imię. To Louis, trzymał mój szalik. Wróciłem się odbierając zgubę.
-Chyba Ci często ucieka, hm? - zaśmiał się otulając się mocniej niedopiętą kurtką.
-Tylko w odpowiednich momentach.- odparłem uśmiechając się lekko. Staliśmy przez chwilę naprzeciw siebie w ciszy. Nie była ona w żaden sposób niezręczna.
-Spotkamy się jeszcze?- spytał nagle a mnie zamurowało. Nie spodziewałem się, że to on przerwie ciszę.
-Oczywiście.- odpowiedziałem ucieszony jak nigdy dotąd, ponieważ ktoś od niepamiętnych czasów zaproponował mi spotkanie. Chce mnie ponownie zobaczyć.
-W środę? Pasuje Ci?
-Tak, o 15?- spytałem.- Kończę wtedy lekcje.
-Mi pasuje.- powiedział Louis kierując się do drzwi wejściowych.- Będę tu czekał o 15 w środę, dobrze?
Tylko przytaknąłem a on zniknął w drzwiach. Całą drogę powrotną nie mogłem zapomnieć o jego uśmiechu i małym nosku.
***
-Spóźniłeś się 2 godziny! Odchodziłam od zmysłów! Już chciałam dzwonić na policję!- wrzasnęła moja matka rozbijając kolejny wazon z kwiatami. Ten był za 1000 dolarów. Już tak naprawdę nie ruszały mnie ani jej krzyczy ani rzucanie przedmiotami. Dopóki we mnie nie rzucała miałem to gdzieś.
-Mamo, czemu przy każdej naszej rozmowie krzyczysz? Już nie umiesz się bez tego obejść. Mam wrażenie jakby Ci tak już zostało.- powiedziałem spokojnie do niej kiedy była gotowa rozbić filiżankę z porcelany. Zamarła.
-Do swojego pokoju.- powiedziała ostrym, stanowczym głosem. Widząc, że nie reaguje chwyciła mnie za ramię zmuszając do wstania.
-Harry Edward Styles. Do siebie.- wskazała palcem na schody, po których chwilę potem wchodziłem do mojego pokoju. Rzuciłem się na łóżko. Nie wiedziałem tak naprawdę co o tym wszystkim myśleć. Plus tego dnia był taki, że będąc z Louisem zupełnie zapomniałem o mojej atmosferze, która panowała w domu. Louis miał coś takiego w sobie, że myśląc o nim momentalnie na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Znałem go zaledwie dzień. I to ten dzień utwierdził mnie w tym, że to nie nasze ostatnie spotkanie.
_____________________________
Pierwszy rozdział, taki wprowadzający. Mam nadzieję, że się wam spodobał. Zapraszam do komentowania. Piszcie na tt jeżeli pojawią się jakieś pytania lub uwagi. Mam pytanko na wstępie, może zostać taki wygląd bloga? :)